MOJE ŚWIADECTWO WIARY

„Szczęście zależy tylko od nas samych. Jeśli jesteśmy poukładani w sobie, jesteśmy
szczęśliwi wbrew temu, co jest wokoło.” Tymi słowami pragnę rozpocząć swoją
wędrówkę po własnej duszy. Śmiało mogę mówić o „tej sprzed Carlsbergu” i „tej
po Carlsbergu”. Jak ludzie przed i po wypadku. Czy dziewięć dni wystarczy, aby
przewartościować całe dotychczasowe życie? Gdyby przed 15 lipca 2011 ktoś próbował
mi to udowodnić, najprawdopodobniej wcisnęłabym mu wizytówkę dobrego
psychologa w rękę i pomachała na pożegnanie. A potem popukałabym się w głowę.
A jednak! Jestem tego najlepszym przykładem. W Carlsbergu byłam drugi raz.
Przyjechałam głównie ze względu na arcyciekawe wykłady Marii, gdyż bardzo, ale to
bardzo chciałam się dowiedzieć, jak to jest z naszymi ludzkimi granicami, których
rzecz jasna nie umiałam stawiać.
Na ludzi w „Marianum” patrzyłam jakoś tak podejrzliwie, nazwałam ich z racji
częstego chodzenia do Kościoła „Sekta Niebo”. Ja jakoś tak niezbyt do Kościoła
uczęszczałam, nigdy nie było mi „po drodze”, a już tym bardziej, że moi rodzice
mnie tam ciągnęli na siłę. Coś, co było w dzieciństwie przymusem, w wieku dorosłym przerodziło się
w zło konieczne, odkąd wyjechałam na obczyznę, wizyty w Kościele należały do rzadkości. Wydawało
mi się że było mi z tym dobrze, żyłam sobie „jakoś”, ale czegoś mi podświadomie
brakowało. Kompensowałam ten niewiadomy brak wszystkim możliwym, aż mi wyszło
bokiem, i tak nie byłam szczęśliwa.
Księża byli „tylko ludźmi”, ludzie głęboko wierzący w Boga byli „nawiedzeni”, a ja się całkiem pogubiłam.
Gdy nadszedł dzień wyjazdu na oazę, gdzieś podświadomie w duchu nie dowierzałam,
że JA wybieram się do siedziby „Sekty Niebo”. Mój sceptycyzm opadał powoli, ale sukcesywnie. Zaczęłam się modlić. Z niedowierzaniem siedziałam wśród takich jak ja, zwykłych ludzi i odkrywałam zwykłą radość ze wspólnego spędzania
czasu. Opadały mi klapki z oczu, które sama sobie nałożyłam. W pewnym momencie
poczułam się dziwnie… Jakby wszystko to było snem, jakbym się chwiała, było mi
smutno, czułam się jak w wiezieniu…
Poszłam z tymi odczuciami do księdza Jacka, a on mi odpowiedział: „Żeby
coś przestroić, trzeba to najpierw rozstroić.” To było to! Czułam się jak rozstrojone
skrzypce, które wydają okropne dźwięki. Z dnia na dzień było mi coraz lepiej
i zastanawiałam się, jak ja mogłam żyć przed Carlsbergiem? Powiedziałam do Basi
słowa, które ona przypomniała mi w dzień dania świadectwa: „Jeśli ja jeszcze pójdę
do spowiedzi to będzie chyba jakiś cud.” Ten mój osobisty cud miał miejsce kilka
dni po przyjeździe na oazę. W ciszy domowej kaplicy pojednałam się z Bogiem.
Płakałam jak dziecko, poczułam się wolna. Wolna i nareszcie szczęśliwa! Bez sklepów,
bez obecności mediów, bez dawnego życia.
Później przyjęłam świadomie światło Ducha Świętego. Opowiem coś, co mnie
do głębi poruszyło, a co wydarzyło się w trakcie tej uroczystości. Chciałam podejść.
Ale nie chciałam być pierwsza. Trema? Raczej nie. Poszedł ksiądz Jacek; WIEDZIAŁ,
że za nim pójdę ja… Niesamowite odczucie…Tylko Ja i Duch Święty… Czułam
Jego obecność, w swoim sercu. Wzruszyłam się tak bardzo, że poleciały mi łzy. Nie
wstydziłam się ich. Nie wstydziłam się tego, że idę za Jego głosem. Było mi dobrze.
Miałam tylko przemożne pragnienie, aby mnie ktoś przytulił. Nie wiem, dlaczego,
ale chciałam, aby to była kobieta, może Basia? Tylko wahałam się, jakby odebrała
mój nagły „przypływ czułości”. To pragnienie było we mnie do samego końca. Po
zakończeniu modlitwy wyszłam z kaplicy, a za mną Agnieszka, jedna z uczestniczek
oazy wraz ze swoim mężem, Szymonem. Podeszli do mnie i Agnieszka powiedziała,
że ma wielką ochotę mnie „utulić”… Wtedy wiedziałam, że to, co przeżyłam, co
poczułam w swoim sercu było prawdziwe i głębokie.
To były takie „znaki” od Boga. Było ich wiele podczas oazy, wiele zrozumiałam,
znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i dotarły do mnie słowa księdza
Jacka, abym się zmieniała, przyjęła moc Boga, a otrzymam od Niego to, co mi jest
potrzebne. Gdyż dotychczas to ja sama szukałam sposobu na życie i wiem, że on był
pozorny, gdyż zrezygnowałam z wysiłku, aby Bogu zaufać. Dziś ufnie powierzam
się Panu wierząc, że obok mnie stanie!
Moje życie „Po Carlsbergu” nie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki. Ale mogę powiedzieć, że żyję bardziej świadomie, pogodzona ze sobą. Wiem też,
że nie jestem sama w swoich smutkach i radościach, gdyż ze mną jest zawsze Bóg.
Dostałam się na moje wymarzone studia i wierzę, że po oazie moje życie obrało
dobry kierunek, tym razem ten najwłaściwszy!
Mogę śmiało powiedzieć, że na rosnącej stercie codzienności wiara to mój dorobek życia.
Sylwia